

Moja własna relacja na temat zdarzeń mających miejsce przeszło tydzień temu. Mieszkałam w tej miejscowości, widziałam jak to wszystko się zaczęło. Wiele tutaj opisów jest kłamliwych i nieprawdziwych. Nie mam zamiaru niczego prostować, po prostu napisze, jak było. Jak jest.
Mgła jest czymś zupełnie naturalnym. Zjawiskiem atmosferycznym powszechnym i znanym. Niczym niezwykłym. Aczkolwiek interesującym. Niejednokrotnie przecież była inspiracją dla różnych artystów i autorów. Przykładu nie należy szukać daleko. Do kin wszedł film „Mist” na podstawie horroru Kinga. O krwiożerczych stworach żyjących we mgle. No cóż… każda historia, nawet ta najbardziej nieprawdopodobna ma w sobie ziarno prawdy.
Może zacznę od tego jak wielkim sceptykiem jestem, jeśli chodzi o sprawy paranormalne. Właściwie byłam. Duchy, zjawy, upiory, demony – wszystko ma to swoje racjonalne wytłumaczenie, jeśli tylko przesunąć tą granicę racjonalności w odpowiedni sposób.
Żyję sobie w zwykłym mieście. Autobusy, tramwaje, smog. Znalazłam prace w nowo otwartym centrum handlowym. I pracuje tak jak owo centrum handlowe - po jedenaście godzin. Nie codziennie oczywiście – co drugi dzień. Nie zmienia to faktu, że jak wychodzę do domu jest już ciemno, a ruch na ulicach jest znacznie mniejszy niż za dnia. Do pracy dojeżdżam autobusem – 10 minut w jedną stronę. Mam szczęście mieszkać na odludziu. Nie całe dziesięć lat temu wybudowano tu małe osiedle domków jednorodzinnych, bliźniaków i innych kombinacji czegoś, czego jeszcze blokiem nazwać nie można. Żyje sobie w jednym z tych bliźniaków, mam swój niewielki przytulny pokoik na poddaszu. Swój komputer, telewizor i swój świat. I jedno duże okno połączone z drzwiami na swój własny mały balkonik. Przydaje się w wakacje, by się powygrzewać na słońcu. Zimą jednak jest szczelnie zamknięty. A właśnie spadł pierwszy śnieg. W chwili obecnej zamiast na świeżo umyte szyby mam widok na ciężkie, brązowe rolety odcinające mnie całkowicie od świata zewnętrznego. Na własne życzenie zresztą. Przed świtem ich nie podniosłabym. Zresztą rolety są w całym domu, na wszystkich wychodzących oknach i drzwiach balkonowych. Jest ku temu powód. Bardzo konkretny.
Z tego samego też powodu od kilku dni nie pracujemy już po jedenaście godzin. Tylko po sześć, co drugi dzień. Dużo się zmieniło w ciągu kilku ostatnich tygodni. Nie tylko w moim życiu. W wielu domach założono te same rolety na oknach. O wyznaczonej godzinie słychać trzask ich opadania. Codziennie ta godzina jest nieco inna. Każdy dzień wygląda inaczej.
Dziś mieliśmy zaledwie kilku klientów, którzy odważyli się przyjść do sklepu osobiście. Bo musieli, bo nie mieli wyboru. Oczywiście bardzo się spieszyli. Większość naszej pracy dzieje się przez telefon, albo Internet. Ulice są teraz bardzo wyludnione. W powietrzu wisi strach i niepewność. Tego właściwie opisać się nie da. Trzeba by tu przyjechać. A znajdują się tacy odważni. Uznali tą okolicę i to, co tu się dzieję za atrakcję turystyczną. Na początku mnie to dziwiło, nawet bardzo. Wierzyć się nie chciało, że znaleźli się tacy ludzie. Ale teraz już mnie nie dziwi. Niemalże do wszystkiego można się przyzwyczaić, uznać za codzienną rzeczywistość. Nauczyłam się już nawet ignorować to specyficzne pukanie do okna po zmroku. Chociaż nadal nie mogę zasnąć, kiedy pukają. Niektórzy mieszkańcy radzą sobie i z tym problemem zatykając sobie uszy różnymi w tym celu stworzonymi wacikami. Ale większość nie radzi sobie w ogóle. Sąsiedzi z bliźniaka jutro wyjeżdżają. Niestety nie w komplecie. Najstarsza córka nie wróciła do domu na czas, a matka zwariowała i wylądowała w domu dla psychicznie chorych. Taki los spotkał wiele rodzin. Ja też się zastanawiam nad wyjazdem, przynajmniej tym czasowym. Właściwie nie zastanawiam się – chcę wyjechać. I mam dokąd. Tylko nie wiem, co zrobić w kwestii pracy. Kierownik jutro podejmie decyzje czy zamykamy nasz sklepik na czas trwania… tej pogody. Jeśli mogę to tak ująć.
Wszystko zaczęło się od mgły właśnie. Od zmiany pogody. Zrobiło się zimniej, spadł śnieg. To nic niezwykłego jak na ta porę roku. Ale sama mgła już od początku była dziwna. Zaczęła się pojawiać dokładnie pięć godzin po zachodzie słońca, niczym w zegarku. Zawsze była bardzo gęsta, niemal dusząca. Na odległość trzech metrów już nic nie było widać. Pojawiała się codziennie i tyle. Pewnego dnia w wiadomościach zaczęto wspominać o przypadkach zaginięć. Osoby te najczęściej późno wracały do domu. Wśród zaginionych były też takie osoby, które wyprowadzały psa na wieczorny spacer. Pies się znalazł zawsze, właściciel już nie. Zaczęły krążyć plotki, jakoby osoby wychodzące na zewnątrz, w mgłę, już nie powracały. Pracując w sklepie często słyszy się to i owo. A tego typu nowinki rozchodziły się jak pożar lasu. Jako osoba racjonalnie myśląca nie uwierzyłam w te ploteczki. Ale mimo wszystko działały na wyobraźnie, zwłaszcza jeśli codziennie słyszało się w telewizji regionalnej o nowych zaginionych osobach. Nasza ekipa ze sklepu postanowiła zamykać nieco szybciej, o kilkanaście minut, żeby zdążyć dojechać do domu na czas. Zresztą klientów o późnych godzinach było coraz mniej.
Pewnej nocy, siedząc przed komputerem usłyszałam pukanie w okno. Ciche, na początku nieśmiałe, ale coraz to bardziej natarczywe. Kiedy w końcu uświadomiłam sobie skąd ten dźwięk pochodzi, odwróciłam głowę w tamtą stronę. I zobaczyłam… dziecko. Dwunastoletnią dziewczynkę, ubraną tylko w nocną koszulę. Stukała palcem w szybę. Kiedy zauważyła, że na nią spojrzałam przestała. I nic więcej, żadnej reakcji z jej strony. Jej twarz nie wyrażała niczego, była niczym posąg. Pierwsza rzecz jaka mi przyszła wtedy do głowy była dziwna – to hologram, czarnobiały, bardzo wysokiej jakości hologram. Następna myśl sprawiła, że przeszły mi ciarki po plecach – to nie mógł być hologram. Zerwałam się na równe nogi i od razu zawołałam rodziców. Myślałam, że zanim przybiegną zjawa zniknie. Ale nie… stała tam nadal wpatrując się we mnie swoimi martwymi oczyma. Rodzice zareagowali inaczej niż się spodziewałam. Stwierdzili tylko, że to samo mają na dole w oknach. I żebym nie otwierała jej drzwi, bo będzie chciała wejść. Ojciec oświadczył to wszystko tonem niemalże obojętnym, ale matka cała się trzęsła i była już w trakcie brania jakiś środków usypiająco – uspokajających. Trzeba przyznać, że następnego dnia w aptekach ciężko było z dostaniem tego typu specyfików. Oraz to, że firmy zakładające rolety miały naprawdę dużo zleceń.
Każdy mieszkaniec okolicy widział zjawy za swoim oknem. Każda z nich była inna. Kobieta, mężczyzna, dziecko. Każda z nich wyglądała jak jakiś obraz wyświetlany na tle mgły. Tylko to pukanie domagające się wpuszczenia do środka. Znaleziono kilka opustoszałych domów. Domów, z których nic nie ukradziono – wszystkie meble, sprzęt RTV AGD czy nawet chowane w skarpecie oszczędności były nienaruszone. Ale wszędzie było otwarte okno bądź drzwi balkonowe.
Przez cały następny dzień od pojawienia się zjaw nie było ani pół klienta w sklepie, jeden telefon, zero zleceń internetowych. Rozeszliśmy się do domów dwie godziny przed czasem. Ale nie dlatego, że nie było co robić w sklepie. Dlatego, że mgła podniosła się dużo szybciej niż zazwyczaj. Już nie było ani jednej osoby, która by nie wiązała pojawienie się mgły z tym wszystkim dziwnym, co się działo. Pojawili się też tak zwani specjaliści. Policja, wojsko, epidemiolodzy, badacze zjawisk nadprzyrodzonych. Chodzili od domu do domu, robili wywiad. I nic z tego nie wynikło. Oprócz tego, że kliku ich kolegów nie wróciło na noc do domów. Zanim ogłosili strategiczny odwrót stwierdzili tylko, że nie należy wychodzić na zewnątrz podczas mgły. A i że zjawy za oknami to najprawdopodobniej duchy. O tak. To nam wszystkim dodało otuchy. Jedyna dobra wiadomość, że mgła się przesuwa, każdego dnia o kilkanaście metrów. Ktoś to sprytnie policzył, że naszą miejscowość przestanie nawiedzać za około tydzień.
Tym czasem pojawianie się mgły stało się coraz bardziej chaotyczne. Przedwczoraj, po godzinie siedemnastej wyszłam na pasaż, zrobić drobne zakupy i jakże się zdziwiłam widzą za oszklonymi drzwiami centrum handlowego mleczno-białą nicość. Zdziwienie moje nie mogło się równać z przerażeniem uwięzionych w centrum klientów, którzy z niedowierzaniem spoglądali na zegarek. Jeszcze większy strach wywołała postać młodego mężczyzny, który pojawił się za przeszkloną ścianą centrum i zaczął rytmicznie pukać w szybę. Na szklanym dachu centrum usiadło coś, co ptakiem być nie mogło. Momentalnie podniósł się harmider i lament. Sklepy jeden za drugim zaczęły się zamykać. Ludzie biegali w tą i powrotem, niektórzy po prostu usiedli na podłodze i zaczęli się modlić. Technicy w pośpiechu przybiegli by zablokować obrotowe drzwi, przy których stały już zjawy. Jeden z nich był nieuważny. Mocował się z drzwiami od rampy, które jak na złość nie chciały się zamknąć. Zjawa podeszła do niego cicho, położyła mu rękę na ramieniu, jak jakiś stary znajomy. W tym momencie mężczyzna przestał się szarpać z drzwiami, zbladł, zesztywniał, nawet nie odwrócił głowy. Tylko spojrzał na swoje dłonie, które zaczęły rozpływać się w powietrzu, parować. Po chwili już go nie było. I ducha, który zabrał go ze sobą. Nie było krzyku, lamentu, krwi. Tylko mgła.
Centrum było pozamykane na wszystkie spusty w przeciągu kilkunastu minut. Każdy, kto chciał się udać do domu robił to swoja tylko i wyłącznie odpowiedzialność. Wielu ludzi zostało. A hipermarket, który znajdował się w środku przeżywał prawdziwe oblężenie. Zwłaszcza na stoisku z kocami i pierzynami.
Nasz salon jest duży, komputery podłączone do Internetu, zapas gier i kawy na półkach. I mikrofalówka. Wszystko co trzeba, by przetrwać noc w centrum handlowym otoczonym przez mgłę. Choć i tak najwygodniej się mieli sprzedawcy z salonu meblowego. Przykro było patrzeć na ludzi, którzy z wyrzutem w oczach i strachem rozkładali swoje prowizoryczne posłania tuż pod kratą naszego salonu. Zbyt dużo było ludzi by wszystkim pomóc. W naszym salonie prócz nas spali także sprzedawcy z salonów z o wiele mniejszym metrażem, gdzie nawet nie dało się rozłożyć koca. Koniec końców przyszedł dzień, który rozproszył mgłę. I dzień w którym centrum handlowe zostało zamknięte.
Tego dnia, kiedy wracałam do domu, mgła zaczęła się podnosić o wiele wcześniej niż kiedykolwiek przedtem. Nie dalej jak dwie godziny po tym, jak zniknęła. Przyłapała mnie, kiedy byłam już przy domu. Wokoło było biało a przy drzwiach przywitała mnie ona, hologramowa dziewczynka. Unosiła się kilka centymetrów nad ziemią. Wpatrywała się we mnie dziwnie. Kiwała główką, jakby się nad czym zastanawiając. Aż niespodziewanie uśmiechnęła się, odwróciła i zniknęła.
Moja rodzina ostatecznie postanowiła wyjechać. Jak wiele innych. W każdym razie miasto zostało ewakuowane. Nie pozostał w nim nikt żywy, mogę was zapewnić. Aż w końcu pojawiła się tam mgła, która nie podniosła się w nocy i nie zniknęła z rana. Ta mgła, wyglądająca jak ściana oddzielająca dzień i mrok. Z której wydobywają się nieludzkie jęki. I wciąga każdego kto się do niej zbliży.
W telewizji mówili, że cały czas gęstnieje. Atmosfera wewnątrz jest już tak wysoka, że żaden żywy organizm, który się znajdzie wewnątrz nie przeżyje. Ale tak naprawdę nikt nie ma pojęcia, po tych trzech tygodniach co się właściwie wydarzyło i dlaczego. Naukowcy są funta kłaków warci.
A może to i lepiej. Na tym świecie dzieją się rzeczy, których ludzie nie są w stanie zrozumieć. W końcu dla przykładu wierzono, że ziemia jest płaska a wszechświat kręci się wokoło niej. Mgła mogłaby być tak naprawdę czymś innym niż parą wodną. Mogłaby być anomalią, tworzącą się od czasu do czasu, wywołaną w trakcie otarcia się naszych dwóch światów. Ma to mniej lub bardziej gwałtowny przebieg. Anomalie takie tworzą się dosyć często, i są spowodowane zakłóceniem równowagi w relacjach między światami. Często wywołują ją sami ludzie. Nieświadomie oczywiście. Niestety, są to jedne z nielicznych rzeczy, na które nikt i nic nie ma wpływu. Anomalia znika, kiedy równowaga zostaje przywrócona. Kiedy ilość dusz w obu światach jest równa. Ale w większości przypadków mgła wygląda jak zwykła, rzadka para wodna, która nikomu nie zagraża. Taka, jaką ludzie znają i kochają.




